Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
Depeche Mode - "A broken frame"
1982 Mute records




Utwory :
01. Leave in silence
02. My secret garden
03. Monument
04. Nothing to fear
05. See you
06. Satellite
07. The meaning of love
08. A photograph of you
09. Shouldn't have done that
10. The sun & the rainfall

Tajemny ogród

   Drugi album Depeche Mode - "A broken frame" właśnie - stawiał przed zespołem trudne zadanie i to wcale nie dlatego, że był tym drugim albumem, tradycyjnie obciążonym dużymi oczekiwaniami po debiucie. Cała trudność polegała na tym, iż zespoł przed jego nagraniem znalazł się w bardzo trudnej sytuacji - szeregi formacji opuścił Vince Clarke, autor niemal wszystkich utworów na debiutanckim krążku Depeche Mode. Zespół został triem. Tym samym repertuar musiał dostarczyć Martin Gore, na pierwszej płycie mający jedynie jeden pełnowymiarowy utwór swojego autorstwa. I nie da się nie zauważyć, że stawiał tu jeszcze dość nieśmiałe kroki, których teraz manifestacyjnie się wstydzi. Mowa tutaj o takich utworach jak "The meaning of love" czy "A photograph of you", które Martin napisał będąc jeszcze nastolatkiem. Obdażone banalną melodią i naiwnym tekstem przemycają słodką infantylność. Reakcja na taką dawkę muzyki może być dwojaka - uśmiech od ucha do ucha albo naprawdę skwaszona mina. Lub... jedno przechodzące w drugie. Na szczęście to chyba jedyne momenty na płycie, przy których nasze mięśnie twarzy będą wystawione na taki wysiłek. Pozostałym kompozycjom trzeba przyznać dużo większą dojrzałość i dozę melancholii, które beztroska i dyskotekowy charakter zastępowały w utworach poprzednika Gore'a.

   "A broken frame" to dziesięć dość nierównych kompozycji i czterdzieści jeden minut muzyki. Już na tym albumie wyraźnie widać ciągoty ku mrocznym brzmieniom i tematom, które na dobre zapanowały późniejszym dorobkiem zespołu. Już na samym początku chórek i uderzenia automatu perkusyjnego w "Leave in silence" mogą rozszerzyć źrenice. Nastroju dopełnia stłumiony śpiew Gahana i drżenia dźwięków pochodząców z syntezatorów. Podobnie jest z podkładem w "See you", któro tekstowo pozostaje w bardziej weselszym temacie, choć przepełnionym tęsknotą. Równie ciekawie prezentuje się "My secret garden" z niepokojącym motywem klawiszowym towarzysącym refrenowi. Poza tym tuż obok finałowego "The sun and the rainfall" to zdecydowanie najładniejszy refren na albumie.

   Niewyrobione ucho mogą lekko wykręcić trzy kompozycje - "Monument", "Satellite" i conajmniej eksperymentalne "Shouldn't have done that", przy którym zastanawiając się jak powstało można zwątpić czy nie powstało po części przypadkowo. "Monument" przede wszystkim wyróżnia się minimalizmem - pierwsze skrzypce gra tutaj wędrująca po głośnikach partia perkusyjna. Delikatna melodia wydaje się być tylko jej ozdobą. Ale całość działa jak narkotyk. Jednostajne pompowane dźwięki pozostają w pamięci. Podobna monotonia charakteryzuje "Satellite", z tym że drugi raz ten sam patent nie zdaje tak dobrze egzaminu. Utwór miejscami nurzy i nieprzyjemnie się wlecze i nawet nadzieje rozbudzone ciekawszymi dźwiękami pojawiającymi się w refrenie okazują się raczej złudne. Myślę jednak, że za to wszystko należy winić pojedyncze akordy, automatycznie powtarzane przez całą długość kompozycji. Dużo lepiej byłoby gdyby ich nie było. Zupełnie inna historia jest z "Shouldn't have done that", w którym nałożono na siebie chyba trzy ścieżki z wokalem Martina (jedyny utwór śpiewany przez niego na tym abmumie) - to kanciasta kompozycja ubarwiona dziwnymi dźwiękami i koślawym rytmem przewodniego motywu granego na syntezatorze. W czymś takim raczej nie można się zakochać, ale na pewno nie można przejść obojętnie. To coś zaciekawi, ździwi i... przestraszy. Bo jak inaczej może zadziałać historia o niewinnym dziecku wyrastającym na polityka opowiedziana w ten sposób? "Shouldn't have done that" łączy się w całość z "The sun and the rainfall", któro z nawiązką rekompensuje słuchaczowi wszelkie niedogodności, na które mogły narazić go niektóre wcześniejsze utwory. Uroku i melodii tej kompozycji ani trochę nie brakuje. Jak mówi tytuł jedynego instrumentalnego utworu na albumie - jeśli chodzi o to czy zespół sobie poradzi jako trio - naprawdę nie było czego się bać. Połamana ramka wcale nie jest tak bardzo połamana...



© 2003-2007 by Ecnelis