Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
Jean Michel Jarre "Metamorphoses"
2000




Utwory :
01. "Je me souviens"
02. "C'est la vie"
03. "Rendez-vous a Paris"
04. "Hey Gagarin"
05. "Millions of stars"
06. "Tout est blue"
07. "Love, love, love"
08. "Bells"
09. "Miss Moon"
10. "Give me a sign"
11. "Gloria, lonely boy"
12. "Silhouette"

Głos, drzewo, łódź, brama, ciało, dom, dziecko, dzwon, niebo...

   Przez ponad ćwierć wieku działalności na scenie muzyki elektronicznej, przecieranie nowych szlaków i wyznaczanie nowych standardwów Jean Mihchel Jarre wyrobił sobie jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne i jednoznacznie z nim kojarzone brzmienie. Trzeba przynać, że zauważalnie stał się jego więźniem, nie wychodząc poza wyznaczone sobie granice. Zmianie uległo to dopiero w roku 2000, zmianie zwanej metamorfozą...

   Jak sam Jarre mówi album "Metamorphoses" nagrywano tak, jakby nie było tych poprzednich. I nie trudno w to uwierzyć - krążek nie przypomina praktycznie niczego, co do tej pory skomponował Francuz. Utwory na płycie nie są połączone w jedną całość, co zawsze miało miejsce na poprzednich wydawnictwach. Mają one także zupełnie inny charakter, kilka z nich można nazwać normalnymi piosenkami. Do ich nagrania Jarre zaprosił masę gości - między innymi obdarzoną niezwykłym głosem Natashę Atlas a także jedną z siostr Corr (zespół The Corrs), grającą na skrzypcach. Wokalnie udzielił się także sam Jarre, którego głos oczywiście przepuszczono przez masę efektów.

   Płyta słuchaczowi ani przez chwilę nie każe się nudzić, częstując soczystymi, często kosmicznymi dźwiękami i głosem ludzkim, którym muzyk bawi się na najprzeróżniejsze sposoby, traktując go jak jeszcze jeden instrument. Nie brakuje tu elementów muzycznej hipnozy, tejemniczości, mroku, dyskretnego patosu a w końcu i tańca. Płyta nie porywa, wyzwalając w słuchaczu ukryte pokłady energii ale od samego początku aż do końca czaruje z taką mocą, że nie sposób się od niej oderwać...

   Usypiające i rozmarzone "Millions of stars" i "Silhouette" kontrastują z tanecznymi "Tout est blue", opartym na... zapowiedziach pogody i "Give me a sign", które z powodzeniem i bez żadnych oporów mogą być grane przez stacje radiowe w porze południowej. Takich piosenek Jarre w swoim repertuarze jeszcze nie miał. Natomiast rownież nazwanie piosenką utworu "C'est la vie", w którym słyszymy Natashę Atlas byłoby dużym nietaktem. Ta rozpędzająca się powoli suita porywa finałową pogonią wokalu za muzyką i ich egzotyczną walką. Niewinny śmiech na końcu pozwala ostatecznie po siedmu minutach odetchnąć z ulgą, że wszystko się dobrze skończyło. W wersji singlowej ta kompozycja trwa dwa razy którcej. Ostateczną miazgę z naszych bębęnków słuchowych robią mroczne "Miss Moon", któro płynąc w ciemnościach wśród plemiennych zaśpiewów przywodzi na myśl orientalne obrazy oraz "Gloria, lonely boy", wynurzające się z najgłębszego z oceanów i szybujące do samego nieba. Kompozycja rzuca na kolana nie uciekając się do wymyślnych metod uzyskania takiego efektu, bazując w udziale głosu ludzkiego na skomputeryzowanym wokalu. Wokalnie najbardziej intrygująco wypada początek "Love, love, love". Nie chodzi tutaj o sam głos wokalistki, ale o to co z nim zrobiono. Te kilkanaście sekund stwarza atmosferę, po której nie wiemy czego się spodziewać. Sam utwór to spokojna opowieść z ponownie komputerowym wokalem w refrenie. "Wszyscy mówią: miłość, miłość, miłość. Więc i ja powiedziałam." Otwierające album "Je me souviens", w którym pojedyncze słowa wypowiadane kobiecym głosem przeplatają się z hipnotyzującymi dźwiękami tła, w klawiszowym motywie pojawiającym się jako refren brzmieniem przywodzi na myśl niezapomniany temat przewodni z serialu "Z archiwum X" autorstwa Marka Snow'a. Tuż przed tą partią pojawia się tytuł utworu, wypowiadany głosem, który jednoznacznie można zidentyfikować jako głos Jarre'a. Deszczowe "Rendez-vous a Paris" urzeka skrzypcową, przepiękną końcówką a rytmiczne "Hey Gagarin", adresowane do rosyjskiego astronauty po lekkiej przeróbce z powodzeniem nadawałoby się do dyskoteki. Wśród dwunastu utworów jedynym zgrzytem jest tylko "Bells", w którym w niektórych miejscach zabrakło melodii.

   Takiego albumu po tym artyście tak naprawdę chyba nikt się nie spodziewał. Nieporównywalnie świeża i soczysta dawka niezwykłej muzyki. Jarre przeszedł tutaj samego siebie conajmniej kilka razy. I co najważniejsze wyszedł on tutaj daleko poza granice uprawianej od lat muzyki elektronicznej, przez co krążek nie jest już adresowany do dość wąskiego grona odbiorców...



© 2003-2007 by Ecnelis