Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
Porcupine Tree "Deadwing"
2005 Warner



Utwory :
01. Deadwing
02. Shallow
03. Lazarus
04. Halo
05. Arriving somewhere but not here
06. Mellotron scratch
07. Open car
08. The start of something beautiful
09. Glass arm shattering
10. Shesmovedon [hidden track]

Aureola oplata mnie...

   Porcupine Tree, dowodzone przez Steven'a Wilson'a na stałe wpisało się już grubymi literami w historię muzyki, choć ciągle strony z tymi zapiskami wydają się niezauważane. W roku 2002 zespół wydał znakomity album "In absentia", po którym oczekiwania odnośnie kolejnego krążka słusznie były bardzo wysokie. Współczesne Pink Floyd, jak bywa określana grupa, powrócił z nowym materiałem w 2005 roku. Warto zauważyć iż w tym czasie płodny twórczo i nigdy nie próżnujący na tej płaszczyźnie Wilson stworzył z izraelskim piosenkarzem Aviv'em Geffen'em duet o nazwie Blackfield, wydając bardzo dobrze przyjętą płytę pod tym samym tytułem i dając koncert w Polsce. Najnowsze dziecko Porcupine Tree nosi imię "Deadwing". Trasa je promująca przyniosła dwa występy zespołu w naszym kraju.

   źledząc zapowiedzi i wywiady dotyczące "Deadwing" trudno oprzeć się wrażeniu iż ten album dużo bardziej niż kilka ostatnich powinien zasługiwać na miano albumu koncepcyjnego. Kompozycje na nim zawarte zostały oparte o scenariusz filmu, który Wilson napisał wraz z przyjacielem i który zapewne zostanie zekranizowany (bliższe szczegóły scenariusza nie są znane). Óącząc te informacje z tym, co usłyszy się w dziewięciu utworach można naprawdę utknąć wśród niełatwej ich interpretacji i odnalezieniu tego, co łączyłoby wszystkie utwory w sensowną całość. Ale to przecież nie nowość, że muzyka Porcupine Tree daje dużo do myślenia. Trudności w interpretacji dostarcza jeszcze fakt iż w książeczce zabrakło tekstów utworów, co w obliczu tego iż na poprzednich albumach takowe teksty były należy uznać za sytuację wyjątkową. Na taką zasługuje też fakt, że płyta jest tak zaklejona reklamami patronów że praktycznie nie widać jej okładki! Ale od czego szybkie ruchy połączone ze zwinnością palców i odpowiednim narzędziem?

   Porcupine Tree na drodze ewolucji rozwijało się z progresywnego rocka z dużą dawką ambientu, poprzez stylistykę pop aż do cięższych i mocniejszych brzmień. "Deadwing" to kolejny krok do przodu, kolejny krok bliżej muzyki metalowej, do której i tak jeszcze naprawdę daleka droga (na albumie gościnnie zagrał m.in. członek metalowej grupy Opeth, której ostatni album produkował Wilson). Jeszcze więcej tutaj ciężkich gitar i riffów niż na "In absentia" a solówki kilkakrotnie przekraczają dospuszczalne granice delikatności, w których dotychczas zamykał się zespół. Solówki wydają się być zorientowane na wydobycie jak największej mocy, oszczędzając nam błogich chwil odsłuchu opowieści. Oczywiście nie jest to regułą i znajdziemy na albumie popisy gitarowe, które śmiało można uznać za bajkowe. Tak właśnie pięknie brzmią sola w "Mellotron Scratch" oraz "The Start Of Something Beautiful". Ich przeciwnościami są te z dwóch najdłuszych utworów na albumie - otwierającego całość i tytułowego "Deadwing" oraz dwunastominutowego, umieszczonego w centrum "Arriving Somewhere But Not Here" (pierwotnie krążek miał nosić właśnie taki tytuł, jednak słusznie uznano go za zbyt skomplikowany i trudny do zapamiętania). W przypadku tej drugiej kompozycji trudno jednoznacznie stwierdzić czy potężna, prawie trzyminutowa solówka mu szkodzi czy pomaga. Kupa mięcha wpakowana w środek takiego rozwijającego się sennie obrazu malowanego dźwiękiem zdaje się czasem dotkliwie niszczyć jego płutno. Mieszane uczucia towarzyszą w ciągu tych paru minutek przy każdym odsłuchu "Arriving Somewhere But Not Here", zmieniając się jednak stopniowo na korzyść kompozycji. Utwór ten miał być chyba z założenia momentem kulminacyjnym albumu, jednak trzeba przynać iż pozostałe kompozycje zabrały mu spore pole do popisu. Między "Deadwing" a "Arriving Somewhere But Not Here" jak w kanapkę (jak powiedział sam Steven Wilson) wpakowano trzy pewniaki na single: "Shallow", "Lazarus" i "Halo". Po pewnym zamieszaniu z "Shallow" ostatecznie singlem promującym płytę został "Lazarus", czyli najsłodsze i najweselsze chwile na albumie. Jeśli od strony smakowej opisywać kompozycje to o pewnej goryczy i żalu można mówić w ostrzejszym "Shallow" częstującym nas prostym, ale wpadającym w ucho riffem. Zupełnie inną bajką jest chropowate "Halo", opowiadające o czymś co można nazwać bezbożną świętością, ale interpretacji może być wiele. Refren zapada w pamięć, jak i cały utwór, czyżbyśmy mieli faworyta?

   Druga część "Deadwing" to rzeczy spokojniejsze, czasem uśpione i budzące się nagle, czasem rozbiegane od samego początku do końca ("Open car", sprawiające w pierwszych sekundach wrażenie czegoś wręcz prymitywnego), przystające tylko na krótkie chwile. Powoli oddycha "Mellotron Scratch" z bajkową końcówką na trzy głosy, rolę zamrażacza spełnia chłodne "The Start Of Something Beautiful" a na koniec utula nas rozpływające się echem "Glass Arm Shattering". Trudno sobie wyobrazić piękniejsze zakończenie i z pewną nieśmiałością można powiedzieć, że takiego pięknego końca Porcupine Tree jeszcze nie miało...

   Podobnie trudno oprzeć się wrażeniu że czegoś jednak tu brak. Czegoś, co by wbiło się w słuchacza i zawładnęło nim od samego początku. To, o czym pisałem powyżej odkrywa się dopiero po kilku przesłuchaniach, żaden utwór nie zostaje wyróżniony przy pierwszym odsłuchu (a takie zawsze były na poprzednich płytach). Ale czy to źle, że muzyka każe nam się w nią zagłębiać, że nie pokazuje nam od razu wszystkiego? Radością jest być odkrywcą i docierać w miejsca, w które być może nikt nie dotarł, słyszeć dźwięki, których może inni jeszcze nie słyszeli a może w ogóle nie słyszą...

   "Deadwing" jest chyba najtrudniejszym albumem we współczesnej historii Porcupine Tree. W zbyt wielu miejscach budzi mieszane uczucia, aby być jednoznacznie zaakceptowanym jako kolejne wielkie dzieło. Nie brak mu głębi, ducha, poruszających momentów, ale brak czegoś zupełnie nowego, co zostało zastąpione obfitością dźwięków nie oszczędzających uszu. Przeciwko albumowi przemawia także bonus, jaki zespół do niego dodał - ukryty utwór, będący nagranym od nowa "Shesmovedon", któro oryginalnie znalazło się w 2001 roku na płycie "Lightbulb sun". Nie wiem co kierowało muzykami w ponownym nagraniu jednej z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających piosenek w ich historii, ale zaprowadziło ich w złą stronę. To jak zabrzmiała tutaj perkusja pozwala mieć wątpliwości co do dobrych intencji czwórki brytyjczyków. Oryginał zgniata nowe wykonanie już w pierwszej sekundzie!



© 2003-2007 by Ecnelis