Dodaj do ulubionych
Dorwać myszona
   Mysz, nie to nie mysz, to mysza, to istny myszon, koszmar z małej dziury w kącie, szara, wredna cholera, do tego piekielnie inteligentna i zwinna. Nie wiadomo skąd nagle pojawiła się w babcinej części mojego domu. Przez ponad tydzień każdego dnia i każdej nocy terroryzowała moją babcię, która była bezsilna. Wiadomo było tylko tyle, że źródło było za lodówką a to znaczyło tyle, że nikt nie mógł się tam dostać. Niewątpliwie taka sytuacja była bardzo komfortowa dla myszy i zapewniała jej pełne poczucie bezpieczeństwa, azyl i bezkarność. Babcia cały tydzień żyła w ciągłym strachu o własne zdrowie i dobytek. Nie pomogły wymyślne pułapki, kuszące aromatyczną kiełbaską. Widocznie myszy nie o to chodziło, więc o co? Jej wizyty nie pozostawiały żadnych szkód w środkach spożywczych. To nie był zwykły przypadek, może szykowała się do czegoś wielkiego, badała teren? Może jej rolą był tylko zwiad i osłabienie wroga? Wiele na to wskazuje, a przynajmniej swego czasu wskazywało ...

   Wredna mysz była na tyle sprytna iż wychodziła na izbę tylko wtedy, gdy nie było w domu babci. Zwykle kończyło się to ucieczką za lodówkę w momencie, gdy babcia wracała do mieszkania. Takie rajdy musiały dostarczyć myszy niemałej dawki adrenaliny i niezdrowego podniecenia. Po paru dniach wspólne życie mojej babci i myszy przerodziło się szybko w istną psychozę. Po tym jak w jedną z nocy mysz strąciła parę przedmiotów z szafki zawieszonej nad sufitem (cholera wie jak ten szkodnik tam się dostał) babcia zapadła na bezsenność. Nie mogła spać, całą noc nasłuchując odgłosów z kuchni. Drzwi do pokoju miała szczelnie zamknięte. Pewnego dnia mysz nie zdążyła uciec i schowała się za radiem, co było złym posunięciem. Babcia akurat chciała czegoś posłuchać i włączyła urządzenie, co wypłoszyło zwierzaka. Chlupnął on na podłogę i ... zbiegł. Babcia nie ma już tego refleksu co kiedyś i rozpędzona stopa spotkała podłogę a nie futrzaka. W ciągu kolejnych dni mysz kontynuowała swoją politykę, dawkując sobie coraz większe ilości niebezpiecznych sytuacji. Oczywiste było, że to ją kiedyś zgubi, jednak ten moment zbliżał się bardzo małymi i wolnymi krokami.

   Miniony, poniedziałkowy wieczór wydawał się być "tym" momentem. Babcia nakryła swoją niechcianą współlokatorkę na spacerze środkiem kuchni. Mysz tym razem poszła na całość: zamiast zmykać do dziury skryła się w szafce ze zlewozmywakiem. Babcia poprosiła mnie o pomoc. Żądny krwi i widowiska nie mogłem odmówić. Na miejscu był już nasz kocur Simba alias Mryntek (oraz kamery i dziennikarze), dziesięcioletni weteran i szanowany obywatel w kociej strukturze mojej wioski. Najlepsze lata ma już niestety za sobą, ale żadna mysz mu nie ucieknie. Wyraźnie wiedział, co się święci. Niezwłocznie przystąpiłem do przetrzepywania szafki. Nagle do środka wskoczył Simba, nieznacznie drapiąc moje ramię. Jak on zobaczył tą mysz zanim wyszła z ukrycia? Niestety jego lata dały się we znaki i mysz zwiała pod szafkę. A na wykurzenie jej stamtąd przez bite pół godziny, litry potu i tony przekleństw nie mogliśmy znaleźć sposobu. Choć w pewnym momencie kocur skoczył w szczelinę między podnoszoną szafką a podłogą, nerwowo mieląc powietrze ogonem. Mysza na pewno tam była. Ale potem chyba się ulotniła, bo Simba stał się jakiś obojętny i nie wspomagał naszych poczynań. Babcia opadła z sił na krzesło a ja powróciłem do domu ciągle głodny krwi. Głód ten nie pozostał niezaspokojony zbyt długo ...

   Następnego dnia z samego rana zawołała mnie babcia. W jej oczach palił się blask a na twarzy malował dziwny uśmiech. To wszystko mówiło "Teraz dorwę tą *&$*^$#(!!". Otrzymałem polecenie niezwłocznego włączenia do akcji Simby. Miałem szczęście, bo kocur akurat pałętał się bez celu po podwórku. Chwyciłem go pod pachę, z czego nie był szczególnie kontent. Znowu mnie podrapał, ale znalazł się w kuchni babci. Ta spytała mnie gdzie jest mysz. Powiedziałem, że pewnie znowu pod szafką. Nawet nie wiedziałem, jak bardzo się myliłem. Prawda była okrutna, babcia wskazała mi ją palcem: mysz siedziała na rurze centralnego ogrzewania ... jakieś dwa i pół metra nad podłogą! Cholera wie, jak to bydlę się tam dostało. Akcja pokonania przeciwnika musiała być precyzyjna i skoordynowana. Tuż pod rurą stała szafa. Na szafie obok ustawione były zabytkowe butelki powlekane spreparowanym papierem toaletowym i czymś tam jeszcze (robił to mój tata i wygląda to zajefajnie, zupełnie jak kora na drzewach!!) i parę kwiatków. Plan był taki: umieścić na szafie tajną, samonaprowadzającą się broń (Simbę), wskazać cel i odpalić. Istniało niestety duże ryzyko, że kot strąci butelki i kwitki, ale babcia ani chwili się nie wahała. Bezzwłocznie wykonałem jej polecenie, wydanie bezlitosnym, wojskowym tonem, w którym kryła się dzika satysfakcja. Umieściłem Simbę na szafie. Mysz siedziała na szafie całkowicie nieruchomo. W jej czarnych jak smoła oczach odbijał się blask światła wpadającego do kuchni przez okna. Futerko miała czarno-brązowe, włoski stojące, ogonek obślizgły. Wyglądała ślicznie i bezbronnie. Nie dałem się jednak zwieźć tym pozorom, wiedziałem, że to tylko mylący kamuflaż. Simba wydawał się lekko zdezorientowany i zamroczony, jego ogon bezwładnie zamiatał górę szafy. Musiałem pochwycić jego mózgoczaszkę i skierować jego wzrok na myszę. Przez chwilę walczyłem ze zdecydowanym oporem wyrobionych przez lata mięśni szyji i karku kocura, ale udało się. Nagle ciało Simby naprężyło się, jego nie wykazujący dotąd oznak życia ogon wykonał bojowe merdnięcie, które omal nie ugodziło mnie w oko. Jednym skokiem dopadł myszę, która zrobiła przemyślany unik (zapewne opracowywała go cały czas od kiedy wiedziała, że my wiemy, że ona jest na rurze). Skutkiem tego było to, że głucho spadła na podłogę. To jej nie zabiło. Simba ruszył tą samą drogą, skacząc z wysokości ponad dwóch metrów. Perfekcyjnie obrał trajektorię lotu jak i miejsce lądowania. Pazury jego przednich łap zatopiły się w ciepłym ciele myszy. Po chwili ciepła krew tego bezczelnego stworzenia spłynęła do gardziołka kocura. Wyglądał ślicznie trzymając ją w pyszczku. Ze swoją zdobyczą udał się na podwórek, gdzie po rytualnej zabawie z półżywym, uciekającym przeciwnikiem skonsumował go. Wyraźnie chciał jeszcze. Niestety mysz była tylko jedna. Od tego dnia babcia mogła spać spokojnie. Tak oto po raz kolejny duży pokonał małego, myślący reagującego, cywilizowany prymitywnego, ryzyko pokonało ryzykującego a pierdzący wąchającego (wiem, to ostatnie było niesmaczne). Tak oto po raz kolejny trzech pokonało jednego ...

PS Niepoprawna deklinacja słowa 'mysz' (mysza/myszę) jest zabiegieim w pełni świadomym i mającym na celu spotęgowanie grozy sytuacji i wyjątkowości osobnika, z którym miałem okazję obcować.
PS2 W następnym odcinku: "Mrówkozoidy w piecu kaflowym".
PS3 Podczas pisaniu tekstu słuchałem skrobania myszy w piwnicy pod moim pokojem.
PS4 Więcej post scriptumów nie będzie, dobranoc!



© 2003-2007 by Ecnelis