Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
Depeche Mode - "Black celebration"
1986 Mute Records Limited




Utwory :
01. Black celebration
02. Fly on the windscreen - final
03. A question of lust
04. Sometimes
05. It doesn't matter two
06. A question of time
07. Stripped
08. Here is the house
09. World full of nothing
10. Dressed in black
11. New dress
12. Breathing in fumes
13. But not tonight (extended remix)
14. Black day

Życie w tak zwanym wieku kosmosu

   Otwieramy cieniutką, czterokartkową książeczkę a tam na końcu... porady na temat obchodzenia się z płytą kompaktową. Jest bardzo specyficznie - w czarnej, żółtej i czerwonej otoczce zatopione teksty. Na dość dziwnej okładce subtelne symbole. Gdzieś na spodzie ukryty napis Life in so-called space age. I już nie wiadomo gdzie jesteśmy...
   Album niemal w całości powstatwał w studiu położonym tuż obok Muru Berlińskiego w trakcie jednej sesji - pracowano nad nim bez przerwy. Gdy się ukazał stał się jednym z największych sukcesów zespołu i najlepszym albumem do dziś. A na imię mu "Czarne święto" (tak na marginesie to jedyny album Depeche Mode, który zawierał utwór tytułowy), co można interpretować wieloznacznie, w czego sprecyzowaniu nie pomaga muzyka, budząca tylko jeszcze więcej wątpliwości, lęków i zastanowienia. Jest mrocznie, czasami ciepło a czasami mroźnie. I mimo iż to zaledwie ponad czterdzieści minut muzyki trudno po nich wstać z podłogi, przez co bardziej na miejscu staje się stwierdzenie, że to aż czterdzieści minut muzyki - niezwykłej, magicznej...
   Już pierwsze dźwięki zasiewają w słuchaczu niepokój ponieważ słychać, że coś się dzieje, że coś się zbliża, ale nie wiadomo co. Uczucia te nie ustają nawet gdy niezwykłe dźwięki zastępuje muzyka, w której jest jeszcze więcej niezwykłości. Na tle co chwilę rozmywających się uderzeń walkę toczą sapiące basy z masą innych, bliżej niezydentyfikowanych dźwięków. Ponad wszystkim panuje krystalicznie czysty wokal Dave'a z suchym, kryjącym rozpacz "I want to take you in my arms forgetting all I could't do today". A to dopiero początek. Z wyciszenia po "Black celebration" wynurza się jeszcze bardziej uderzające, poruszające temat śmierci "Fly on the windscreen" (z dopiskiem "final" z racji tego, iż wcześniej utwór ukazał się jako strona B singla "It's called a heart") z pierwszym wersem "death is everywhere" i dopełniającymi się wokalami Dave'a i Martin'a robiące duże wrażenie. Tu nie ma ani chwili na oddech. Utula nas dopiero płynące, słodkie "A question of lust" (trzy pierwsze utwory połączone są w całość) z głosem Martin'a drżącym delikatnie jeszcze przez dwa kolejne utwory: prawie dwuminutową miniaturkę "Sometimes" z wielowarstwowym echem i akopaniamentem jedynie fortepianu i "It doesn't matter two" ("It doesn't matter" ukazało się na poprzednim albumie zespołu - "Some great reward") ponownie pełnym niezwykłych dźwięków. Po tym czas na złego brata bliźniaka "A question of lust" nie tylko z nazwy. O ile trzeci utwór na albumie bardziej traktował o miłości niż pożądaniu jak wynikałoby z jego tytułu o tyle w dynamicznym "A question of time" wszystko jest jasne, ale to już trzeba odkryć samemu (najlepiej z teledyskiem). Atmosfera erotycznych dwuznaczności, panujących na "Black celebration" od samego początku kulminuje się na powalającym "Stripped" (do nagrania którego użyto nawet odgłosów z Porsche 911 należącego do Dave'a) z odgłosami silnika pracującego na wolnych obrotach i mięsistymi basami, które rozwijają się w kaskadę uderzeń perkusji i mroźne, elektroniczne motywy osiągające zenit tuż przed końcowym wyciszeniem tykaniem zegara. Do końca jest już pięknie i zmysłowo. Zaraz za "Stripped" pozostające w tematyce "Here is the house" i dość przerażające, martinowe "World full of nothing" - cała trójka połączona w całość. Na koniec coś o modzie, ale tylko z tytułu - "Dressed in black" i upolitycznione, surowe w rozbudzającym się rytmie "New dress", w którego wersach pojawia się imię księżnej Diany. Wszystko skąpane w niecodziennych brzmieniach, skomplikowanej mieszance rytmicznej i połączone dwoma głosami zniewala i powala...
   Wersję kompaktową wzbogacono o dodatkowe trzy kompozycje, które wcześniej znalazły się na singlu "Stripped", z czego dwa utwory ("Breathing in fumes" i "But not tonight") to dzieci utworu singlowego, powstałe między innymi przez zmianę tempa rytmu i dodanie zupełnie nowych elementów bez zastosowania starych. O ile "Breathing in fumes" można śmiało potraktować jako eksperyment o tyle "But not tonight" jest pełnoprawną pieśnią, w której jest to, czego nie ma na albumie - wręcz bezgraniczna radość. Niestety w wersji kasetowej (w której zastosowano taśmę chromową, czego nawet dziś się nie spotyka) nie otrzymamy tych trzech dodatkowych kompzycji. Podobnie jak "Breathing in fumes" potraktować można "Black day" z dziwnym podkładem i tekstem bazującym na "Black celebration", pod którego skomponowaniem poza Martinem Lee Gore podbpisują się jeszcze Alan Wilder i Daniel Miller. Utwór sam w sobie jest raczej ciekawostką dla fanów, ale jakże smakowitą - głos Martina brzmi czysto na tle, które dziwniejsze chyba być już nie może. Zapewne dlatego w swoim czasie przez niektóre pisma "black celebration" potraktowane zostało jako konceptalbum.
   Tej muzyce po prostu nie można odmówić niecodzienności i wielkiej, elektronicznej głębi mimo iż mówi ona o codzienności, o tym że większość z nas nie ma tak naprawdę czego świętować, codziennie przeżywając tą samą szarość dnia a jednym z nielicznych kolorów w tym wszystkim jest miłość i wszystko to, co jest z nią związane...



© 2003-2007 by Ecnelis