Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
Marillion "Anoraknophobia"
2001 EMI Records Ltd.




Utwory :
01. "Between you and me"
02. "Quartz"
03. "Map of the world"
04. "When I meet God"
05. "The fruit of the wild rose"
06. "Separated out"
07. "This is the 21st century"
08. "If my heart were a ball it would roll uphill"

Fajnie jest być anorakiem

   Anoraknofobia, lęk przed kombinezonami. Tak zespół Marillion zatytułował swój album, wydany w 2001 roku. Jakby nie patrzeć jest to najlepsze dzieło zespołu ze Steve'm Hogarth'em na wokalu, który w zespole jest od piętnastu lat.
   Z okładki spoglądają komputerowe postacie w kombinezonach kojarzące się tylko z jednym: z ... Kenny'm z "South Park'u" (ale to chyba efekt niezamierzony)! Książeczka oferuje teksty wszystkich utworów (jest ich tylko osiem) oraz garść przydatnych informacji. Dowiadujemy się, że ulubionym kolorem Hogarth'a jest różowy, Ian Mosley (perkusja i bębny) nie lubi ludzi, którzy traktują siebie zbyt poważnie, Pete Trewavas (bas) zajmuje się filatelistyką, Mark Kelly (klawisze) lubi agentkę Scully (choć napisane jest Sculley, co jest chyba błędem w druku, a może chodzi o kogoś innego?) a Steven Rothery (gitara) zajmuje się w zespole reakcjami atomowymi. Taki obraz zespołu dodaje nieco do samej muzyki ...
   Na początek delikatna, trochę bajkowa dawka klawiszy, po których dynamicznie wchodzi właściwa część kompozycji "Between you and me", wybranej przez wytwórnię na singla promującego krążek. Wpada w ucho praktycznie od pierwszego przesłuchania, zasiewając sporą dawkę radości. "Quartz" już dużo spokojniejsze, mocniejszym brzmieniem uderza dopiero w refrenie. Pod koniec robi się trochę chaotycznie, co nadaje utworowi odrobiny dramatyzmu, który zamienia się w spokojny pejzaż malowany prostymi, syntezatorowymi odgłosami. Mimo wszystko mogłoby to trwać trochę krócej, bo na długości utwór dużo traci. "Map of the world" to kolejna kompozycja, która może tchnąć w nas trochę radości, schowanej w melodii. Niestety ta melodia jest jedynie przeciętna a brzmienie pozbawione jakichkolwiek udziwnień, co sprowadza się do tego, że utwór nie pozostawia po sobie najmniejszego śladu, ponownie męcząc długością. W opozycji do tego wokal Hoghart'a brzmi tu najciekawiej z dotychczasowych utworów. Przez kolejne siedem minut, zatytułowane "When I meet God" można być nieskrępowanie zaczarowanym. Piękna, przestrzenna kompozycja, która dość ostro w delikatności brzmienia traktuje Boga ("Why do the Gods sit back and watch, So many lost, What kind of mother leaves a child in a traffic, turning tricks in the dark, What kind of God?"), który przedstawiany jest jako kobieta ("When I meet God I'm going to ask her ..."). Przez cały czas w tle niezauważalnie rozwija się partia smyczków, nadająca brzmieniu jeszcze większej głębi. Całości dopełniają "bolesne" wokale, doskonale oddające treść tekstu. Jeszcze bardziej poruszonym można być sięgając do książeczki, w której po tekście do "When I meet God" poza adresami stron organizacji niosących pomoc w przypadku katastrof lub głodu znajduje się krótka informacja: "Co 3,6 sekundy na świecie ktoś umiera z głodu, 75% to dzieci.", którą dość trudno tak po prostu przyjąć do wiadomości. Piąty utwór na albumie to "The friut of the wild rose" i pierwszy poważny zgrzyt. Kompozycja strasznie wymęczona, zwrotka senna i bez cienia charakteru. Jedynie refren do zaakceptowania, choć w środku znajduje się jeszcze bardzo ładna "przygrywka", po której wchodzi gitara żywcem wyjęta z country. Czy nie mogło być tak przez cały czas? A skoro o czasie mowa - ponownie doskwiera długość utworu. "Separated out" to drugie, po "Beetween you and me" dynamiczne uderzenie, tylko że tym razem jest także ostro. Brzmienie urozmaicają dziwne wstawki z audycji radiowej, czy czegoś w tym rodzaju, które pod koniec przeradzają się w coś na kształt wyliczanki (w międzyczasie z grą zespołu tworząc muzykę kojarzącą się z karuzelą), kończąc się krzykami. Gdzieś pod gitarami da się usłyszeć klawisze grające zupełnie jak te z "Light my fire" The Doors, ale i one nie ratują utworu, który tym razem nie męczy długością ale wyciąganymi wysoko wokalami i praktycznym brakiem melodii. Przy "This is the 21st century" na szczęście szybko o tym jak i wszystkim innym zapominamy. Niewątpliwie najpiękniejsza kompozycja na "Anoraknophobii" (i najdłuższa - 11 minut prawie). Rozpoczyna się dziwnymi odgłosami, do których kolejno dochodzi perkusja, bas, gitary i parę jeszcze dziwniejszych dźwięków z delikatnym, rozmarzonym i tęsknym wokalem włącznie. Kosmiczne brzmienia gitar i klawiszy wypełniające obszar gdzieś w głębi utworu wynoszą go w mrok rozświetlany od czasu do czasu blaskiem Księżyca. Nocą brzmi niesamowicie. Całości dopełnia upiorna solówka na sam koniec. Album kończy "If my heart were a ball it would roll uphill", twór przekonywujący melodią i ostrzejszym brzmieniem a także świetnymi wokalami, pod koniec przeradzający się w praktycznie zupełnie inną kompozycję.
   Streszczając powyższy akapit: dwie kompozycje słabe, dwie średnie, dwie dobre i dwie bardzo dobre, w tym jedna powalająca ("This is the 21st century"). Choćby dla tej ostatniej warto być anorakiem.



© 2003-2007 by Ecnelis