Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
Paradise Lost "Symbol of life"
2002 Great Unlimited Noises Records GmbH




Utwory :
01. Isolate
02. Erased
03. Two worlds
04. Pray nightfall
05. Primal
06. Perfect mask
07. Mystify
08. No celebration
09. Self obsessed
10. Symbol of life
11. Channel for the pain

Obsesja na swoim punkcie

   Po dwóch poprzednich albumach (depeszującym "Host" i bardziej gitarowym "Believe in nothing") nowe dzieło zespołu jawiło się dość nieprzewidywalnie. Zapowiadano powrót do korzeni, czyli ciężkiego grania i ździerania strun głosowych. Sprawę trochę wyjaśnił singiel promujący całość, na który wybrano drugi utwór z albumu - "Erased". Gościnnie w refrenie pięknie zaśpiewała Joanna Stevens (która na albumie w mniejszej ilości udzieliła się także przy "Mystify" i "Primal"), wnosząc trochę lekkości do utworu dysponującego mocnym brzmieniem, rytmem i refrenem, które łatwo zapadają w pamięć. "Erased" to chyba najlepszy (w sensie najbardziej przebojowy) utwór w zestawie, który nazwano "Symbol of life".
   Óącznie dostajemy jedenaście zupełnie nowych kompozycji, które łączą w sobie elektronikę z "Host'a" i cięższe, mroczniejsze klimaty z początkowego okresu działalności zespołu, co po połączeniu w jedną całość często idzie w stronę industrialu. Partie wokalne są wyśpiewane przez Nick'a Holmes'a z siłą i zaangarzowaniem, bez zbędnej delikatności. Choć przez cały czas ma się wrażenie iż są one trochę zbyt przeciągane. Poza tym niczego im nie brakuje. Album rozpoczyna rytmiczne "Isolate", po którym następuje "Erased". Oba utwory bardzo udane. Następująca po nich kompozycja nie wywołuje już takich miłych doznań. "Two worlds" rozpoczyna się dzwoneczkami i głosami odtworzonymi wstecz, które przerywa ściana gitar. I na tym kończy się to, co może w tym utworze wzbudzić ciekawość, no może poza sporą dawką mocy. "Pray nightfall" wypada dużo, dużo lepiej i przede wszystkim zniewala mrocznym klimatem i bębnami. Bardzo ciekawie brzmią wokale, szczególnie w refrenie, które najlepsze wrażenie robią po zmroku. Niesamowita kompozycja. Kolejny utwór, "Primal" rozpoczyna się gotycką wokalizą i taki nastrój utrzymuje się przez dłuższą chwilę. Zabija go jednak gitarowo-perkusyjna młocka. Zabija ona także cały utwór. Choć ci, którzy lubią takie klimaty będą pewnie zachwyceni. Wyróżnia się "Perfect mask" z niemal rapowanym tekstem, w którym mniej więcej w środku występuje kilkusekundowa wstawka jakby żywcem wyjęta z jakiegoś techno. Potem "Mystify", w którym w refrenie pobrzmiewa delikatna partia klawiszowa. Utwór nie tak dobry jak poprzedni, ale nie rozczarowuje tak jak "Two worlds" czy "Primal". I ta industrialna wstawka w środku, bardzo ładna. "No celebration" rozpoczyna się cicho, aby potem rozbudzić się w coś naprawdę intrygującego, szczególnie w refrenie wiejącym chłodem i mrokiem. Cieszy rzeźkie "Self obssesed", z którego bije radość niesiona refrenem. Choć tekst utworu wesoły nie jest. Szkoda, że utwór tak nagle się kończy. Kompozycja tytułowa raczej rozczarowuje, tak jakby zespół nie miał na nią pomysłu. Ostatni utwór, "Channel for the pain" to najoztrzejsza pozycja na albumie z wykrzyczaną zwrotką i melodyjnym, delikatniejszym refrenem. To jedna z lepszych kompozycji na "Symbol of life". Na tym album się kończy. W specjalnej wersji są na nim jeszcze dwa bonusowe utwory "Xavier" (z repertuaru Dead Can Dance) oraz "Smalltown Boy" (z repertuaru Jimmiego Sommerville'a).
   Nowe dzieło Paradise Lost budzi mieszane uczucia. W zbyt wielu miejscach album rozczarowuje, ale nie brak na nim kompozycji udacych, przez co jako całość jest strasznie nierówna. Brzmieniowo zespół poszedł kolejny krok dalej, tym razem w klimaty gotycko-industrialne, co wypadło bardzo dobrze. Krążek powinien zadowolić zarówno starych fanów zespołu jak i tych, którzy pokochali go za ostatnie dokonania. Dla reszty odbiorców może niestety okazać się czymś małointeresującym, chyba że polują na single ...



© 2003-2007 by Ecnelis