Dodaj do ulubionych
Recenzje płyt
System Of A Down "Toxicity"
2001 Sony Music Entertaintment Inc.



Utwory :
01. "Prison Song"
02. "Needles"
03. "Deer Dance"
04. "Jet Pilot"
05. "X"
06. "Chop Suey!"
07. "Bounce"
08. "Forest"
09. "ATWA"
10. "Science"
11. "Shimmy"
12. "Toxicity"
13. "Psycho"
14. "Aerials"

Psycho rąbanka w orientalnym wydaniu

   "Jee, ale czad!" - chciałoby się zakrzyknąć po wysłuchaniu drugiego krążka Ormian z amerykańskimi paszportami, nazywającymi siebie System Of A Down. Niestety w tym okrzyku więcej byłoby ironii niż prawdziwego zachwytu. Album zawiera aż czternaście utworów i trwa zaledwie 44 minuty. A to znaczy iż utwory nie przekraczają 4 minut (niektóre nawet dwóch), są maksymalnie skondensowane i w większości zbudowane z takich samych klocków. Te klocki to młocka na perkusji i gitarze przerywana czasami całkiem ciekawymi riffami i szczątkami melodii. Przez to wszystkie utwory brzmią bardzo podobnie, co w połączeniu z niemal niezauważalnymi przerwami między nimi daje ciekawe efekty. Słuchając pierwszych pięciu utworów można mieć wrażenie obcowania z jakąś metalową suitą, niestety niskich lotów. Pierwszy utwór, rozpoczynający się pojedynczymi uderzeniami w bęben i struny gitary za sprawą wokali może rozśmieszyć, co chyba nie było zamierzone. A wokale są tu naprawdę ciekawe: szept, piski i wrzeszczenie na maksa. Jak się później okaże to standard. "Needles" to znowu rąbanka na gitarze i bębnach, przerywana ciężkim riffem. Za sprawą refrenu ze swojskim okrzykiem "Hej!" brzmi jak jakaś kozacka przyśpiewka. Fragment o samotności w pokoju z orłem na ręce jeszcze tylko bardziej pogłębia swojski klimat. I niestety nic poza tym. "Deer dance" naparzanką naprawdę już denerwuje. Na domiar złego nie prezentuje absolutnie niczego, poza warstwą tekstową. Utwór czwarty to nie dość że rąbanka (pomału kończą mi się wyrazy określane ten stan męczenia instrumentów) na początek to jeszcze rąbanka z wokalami. Jak się później okazuje to refren. Zwrotka całkiem spokojniejsza w części ozdobiona jest fajnym, "tureckim" rytmem. Przy "X" można mieć już serdecznie dość ciągłej nawalanki i stracić całkowicie nadzieję na usłyszenie czegoś innego. Czy na tej płycie nic się nie dzieje? A tu nagle "Chop suey!". Utwór trochę zwodzi młocką na początku, z której wyłania się rewelacyjna melodia. Pierwszy singiel tak na marginesie. Jak się później okaże na single wyłuskano najlepsze utwory z albumu. W "Chop suey!" mamy wreszcie do czynienia z głębszym brzmieniem, w którym gdzieś w tle odzywają się smyczki czy tak swojski instrument jak bałałajka (coś jak gitara). Ale chwila radości szybko mija wraz z powrotem tradycyjnej naparzanki po garach i darciu strun gitarowych i głosowych. Przy "Bounce" można sobie poskakać, pod warunkiem że jest się już nieźle zamroczonym i obojętnym na dźwięki. Przy "Forest" tak samo: w porównaniu z tym co słyszeliśmy w poprzednich utworach nudno i wtórnie. Nie pomogą nawet echa "Chop suey!" słyszalne w refrenie, które można odnaleźć też w kolejnej kompozycji. Męczymy się z tym kawałkiem całe cztery minuty. Na szczęście "ATWA" daje na chwilę odetchnąć. Nawet mocny refren nie wybije nas z otępienia. Przy "Science" możemy jednak niezdrowo się zaniepokoić. Ten utwór potrafi wybić z obojętności, ale nie od razu. Czyni to dopiero przy magicznej, orientalnej przygrywce na niezidentyfikowanym instrumencie. Dlaczego cały czas tak nie grają? Po tym zaskoczeniu "Shimmy" mija niezauważalnie. Potem tytułowe "Toxicity", drugi singiel. A jak wcześniej powiedziałem o singlach - jeden z najlepszych utworów na albumie. Zwrotka jest zaśpiewana świetnie, ze świetnym tekstem. Tak, do tego utworu po raz drugi śmiało zaproszono melodię. Młocki jakoś mało. Po chwili okazuje się dlaczego: refren "Psycho" w tej kategorii nie ma chyba sobie równych. Jednak po chwili niespodziewanie ustępuje miejsce zgrabnej melodii. Niestety połączenie niezbyt udane. Melodia solo miałaby o wiele lepszy odbiór. Ale oto z tej rywalizacji wyłania się prawdziwe zjawisko na albumie: pierwsza i jedyna gitarowa solówka, w dodatku bardzo dobra, w końcowej fazie rodząca smyczki. Dla tej minuty warto przesłuchać utwór jeszcze raz (przewijając wszystko z początku). Na koniec trzeci singiel i trzeci świetny utwór na albumie - "Aerials". Dużo melodii, dużo fajnych, ciężkich riffów i całkowite rozczarowanie spowodowane brakiem młocki. Czy musiałem na to czekać aż czternaście utworów? To już koniec, prawie. Po "Aerials" są jeszcze dwie minutki muzyki brzmiącej zupełnie inaczej niż reszta. Orientalne instrumenty, afrykańskie bębny, krzyki i śpiewy jak z jakiegoś plemienia przenoszą nas w zupełnie inny świat. Przed oczami stają Tatarzy na koniach pędzący na spotkanie z polską husarią. Jest to nawet lepsze niż to, co było dane mi usłyszeć do tej pory (wyłączając trzy wiadome kompozycje) ...

   Album ma w sobie masę energii, która niestety podana jest w tak prymitywny sposób (wszędobylska naparzanka), że większość z niej ulatuje w powietrze zamiast trafić do słuchacza. Poza trzema świetnymi singlami ("Chop suey!", "Toxicity", "Aerials") nie ma tu wiele do zwiedzania. A szkoda, bo i teksty są ciekawe, zespół trochę egzotyczny a wszystko na swój sposób oryginalne ...



© 2003-2007 by Ecnelis